sobota, 13 lutego 2016

Reminiscencje

Mimo że bliżej nam już do tych bardziej wiosennych świąt, ja nadal pozostaję w zimowym klimacie i, jak widać, nie strząsnęłam jeszcze z siebie resztek śniegu. Pracuję nad tym, żeby na bieżąco publikować posty z rzeczami, które właśnie powstały. Wszystko wskazuje na to, że na razie bezskutecznie J

Niech wytłumaczeniem dla mojego zaniedbania w tym względzie będzie fakt, że gwiazdki ze zdjęć poniżej powstały w przedświątecznej zawierusze, kiedy czas bywa kapryśny, a doba się kurczy tak, że człowiek ma wrażenie, że trwa jedynie parę godzin.





Gwiazdka - zawieszka z mojego ulubionego Hoooked Zpagetti powstała z inspiracji namierzonej na IG na profilu pewnej bardzo twórczej hiszpanki, która nazywa się Mónica Redi, a której dzieła można podziwiać TUTAJ



I tak zupełnie na koniec, nawiązując do tego nowego lutowego święta, które przywędrowało do nas zza oceanu... tak naprawdę, jeśli kogoś kocha, to nieważne, jak się to przekaże. Ważne, żeby to wyrazić i niekoniecznie trzeba z tym czekać do 14 lutego...


To przeurocze wyznanie było zaadresowane do mamy od pewnej ślicznej pierwszoklasistki, która dopiero zaczyna swoją przygodę z ortografią. Najważniejsze zostało wyrażone! J

Pozdrawiam ciepło.
M.





poniedziałek, 8 lutego 2016

Grudniową nocą

Wybraliśmy się tam w pewien piątkowy grudniowy wieczór tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, żeby oderwać się od bieganiny, zakupów, prezentów, porządków i tych wszystkich rzeczy, przez które człowiek, jak już dotrwa do świąt, zamiast spotkać się z najbliższymi, ma ochotę jedynie położyć się i przespać dwa dni.

Po 17.00 odbieram telefon i słyszę - Kochanie, trochę się spóźnię. Dwie godziny później, kiedy Adam wraca w końcu z pracy, zastaje mnie siedzącą na fotelu przy spakowanej walizce i z poziomem irytacji mocno przekraczającym stan alarmowy. Oszczędnie gospodarując słowem wsiadam jednak do samochodu i rozpoczynamy naszą podróż.

Lista przebojów w radiu i kojący głos Marka Niedzwieckiego są jak balsam dla duszy. Gdzieś pomiędzy Duklą, a Jaśliskami zaczynam się w końcu odzywać. Pędzimy przez bieszczadzkie odludzia. Nabieram pewności, że w Bieszczadach wieczory i noce są czarniejsze niż gdzie indziej. Pora roku i pora dnia jest taka, że na stukilometrowym odcinku mijamy może kilkanaście samochodów. W końcu docieramy na miejsce…

Karczma Paweł Nie Całkiem Święty w Smereku

W środku w restauracji wita nas uśmiechnięta pani, która zaprasza nas żeby wybrać sobie miejsce i zanim jeszcze dobrze się rozsiądziemy przynosi dwa kieliszeczki z nalewką z mirabelek. Jak się później okazuje napojem, którym częstowani są goście karczmy, a którego nie można tam kupić, bo zwyczajnie nie jest na sprzedaż J

Zanim dostaniemy zamówione z karty jedzenie siedzimy, podziwiamy i dyskutujemy. Zachwycamy się wnętrzem, dokładnością z jaką zostało urządzone, dbałością o każdy jeden element i szczegół.
Później zachwycamy się jeszcze przepysznym jedzeniem, obsługą, atmosferą, gościnnością, klimatem, muzyką, ciepłem z kominka czyli generalnie wszystkim, co atakuje nasze zmysły i poddajemy się zupełnie magii tego miejsca...

Wnętrze karczmy Paweł Nie Całkiem Święty



Taki widok rozciąga się sprzed karczmy



Jakby było jeszcze mało ekscytująco i malowniczo, w nocy i rano pada śnieg

Żeby stłumić trochę wyrzuty sumienia po przepysznym, ale i solidnym śniadaniu wybieramy się na spacer

Trwamy w tym zadowoleniu i błogostanie jeszcze przez najbliższe 24 godziny i kiedy w niedzielę żegnamy się z gospodarzami i wybieramy się w drogę powrotną, jesteśmy już właściwie pewni, że niedługo znów tutaj wrócimy.

Wracając wpadamy w sam środek śnieżnej zawieruchy

Po drodze odwiedzamy Polańczyk

A tutaj śniegu zero i tyle samo turystów

Lubię ten specyficzny klimat kurortów poza sezonem

Obietnica rychłego powrotu do Smereka miała się spełnić szybciej niż oczekiwaliśmy. Kiedy wieczorem dotarliśmy do domu, zauważyłam pewne zaniepokojenie na twarzy mojego męża w momencie, kiedy wypakowywaliśmy walizki z bagażnika.
- Co się stało? - zapytałam
- Zapomniałem laptopa!!
(Dialog został oczywiście okrojony ze słów, które zwykło się uważać za niecenzuralne.)

W kolejną, bardziej zaplanowaną podróż do Smereka wybraliśmy się już z przyjaciółmi, po Nowym Roku. I znowu daliśmy się oczarować.
A karczma w zimowo świątecznym klimacie wyglądała tak....






Sanki dla gości karczmy
Włócząc się po okolicy (na biegówkach, a jakże) zaglądamy do schroniska "Jaworzec" na grzańca

To się nazywa okno z widokiem




I  koniec. I kropka. I znowu było obyczajowo...

Do następnego
M.








środa, 13 stycznia 2016

Amigurumi. Epizod II

Był listopad. Zastanawiałam się właśnie jaki drobiażdżek dołączyć do urodzinowej kartki, która za parę dni miała wyruszyć w drogę do pewnej uroczej siedmiolatki. I wtedy na jednej z półek w saloniku prasowym znalazłam to…


Łatwe szydełko, to wydanie specjalne magazynu Burda.


Kiedy zobaczyłam okładkę tego, chyba pierwszego, wydanego w naszym kraju magazynu o szydełkowaniu, który nie został nazwany obco brzmiącym imieniem kobiecym, wiedziałam już co, razem z kartką, wyląduje w przesyłce…





Dokonałam niewielkiej kolorystycznej modyfikacji wzoru i ... doprawiłam maskotce uśmiechnięty pyszczek :-)
(akurat na zdjęciu mało widoczny)

Hello Kitty – bądź, jak zwykliśmy ją nieoficjalnie nazywać - Hello Kitka przez kilka dni była nieodłączną towarzyszką naszej siedmiolatki – razem spały, jadły i chodziły do szkoły. Aż nagle zabawka zniknęła. Dwa tygodnie później osobiście asystowałam przy poszukiwaniach, przeczesując morze pluszaków w różowym królestwie Małej Księżniczki. Bezskutecznie. 
Po kilku dniach maskotka się znalazła. Dokładnie w sylwestrowy wieczór. 

Hmm, zastanawiające… Może miała jakieś plany? J



Miłego dnia. 
M.



piątek, 8 stycznia 2016

Idzie nowe czyli postanowienie noworoczne

Dostałam dzisiaj zdjęcie, które podziałało na mnie bardzo motywująco i obiecałam sobie, że zrobię jakiś skromny wpis na blogu. Trochę zapuściłam się w obyczajowe maliny opisując wyprawy, wycieczki, domowe incydenty i różne nasze życiowe perypetie. A tak naprawdę oprócz tego wydarzają się także inne rzeczy. Tylko, że czasami braknie czasu, żeby zrobić dobre zdjęcia, a czasami wyczerpie się motywacja, żeby zdjęcia oprawić w kilka mądrych słów.

Wracając jednak do wspomnianej fotografii – to obraz wydzierganego przeze mnie szydełkowego serduszka – które zawisło w kuchni mojej przyjaciółki. Serduszko w kolorze cappuccino idealnie wpasowało się między kawowe akcesoria, tudzież utensylia związane z innymi napojami oraz pamiątki z podróży. Czyli, można powiedzieć, znalazło się w doskonałym towarzystwie.

Fot. M. Religa (magrel.pl)

A to już moje fotografie


Zwykle rzadko robię noworoczne postanowienia, żeby w okolicach połowy lutego nie dać się wciągnąć w spiralę wyrzutów sumienia i pretensji do siebie.
Tym razem jednak postanowię – będę tutaj częściej. Może nie z kilkustronicowymi wypracowaniami,  jak to się zdarzało, ale regularnie.

Uff! A taka publiczna deklaracja zobowiązuje J
Zatem do zobaczenia niebawem…

M.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Nasza zagraniczna wycieczka

Trafiliśmy tam zupełnie przypadkiem. Jadąc w Bieszczady, gdzieś pomiędzy Komańczą, a Nowym Łupkowem spotkaliśmy po drodze samochód ze słowacką rejestracją i zaczęliśmy wymyślać z jakiego miasta może być. Dość szybko wykombinowaliśmy, że to Medzilaborce. Wymieniliśmy spostrzeżenia, że żadne z nas nigdy tam nie było i pewnie na tym zakończyłby się ten epizod, gdybyśmy w tym akurat momencie nie zobaczyli tablicy, na której, jak nic, wypisana była informacja: Medzilaborce 20.
Nie zastanawialiśmy się długo i na najbliższym skrzyżowaniu skręciliśmy w stronę granicy ze Słowacją. Wiedzieliśmy, że w Medzilaborcach mieści się Muzeum Andy’ego Warhola i ta właśnie wiedza była głównym motorem do przeorganizowania  programu naszej wycieczki. I rzeczywiście, zaraz po przekroczeniu granicy zobaczyliśmy plakat informujący, że istotnie w miasteczku, do którego zmierzamy znajduje się Muzeum Sztuki Nowoczesnej Andy’ego Warhola. Jak się później miało okazać, była to jedyna informacja na ten temat, aż do samego budynku muzeum.

Miasto przedstawiało sobą widok bardzo przygnębiający. Spotęgowany faktem, że był to wyjątkowo ciemny, pochmurny i wietrzny dzień. Puste. Wyludnione. Jedyne osoby, które spotkaliśmy po drodze, to grupki romskich dzieci maszerujące dziarsko przez miasto albo grające w piłkę na boisku, bo myślę, że mogę  nazwać tak połać ziemi wydzieloną z reszty terenu obskurną  betonową bandą. 

Ta prawie siedmiotysięczna metropolia, w której według oficjalnych danych niemal jedna czwarta ludności jest bezrobotna, wygląda jakby czas się  zatrzymał. Szybko zdajemy sobie sprawę, że instytucja, której szukamy, a która w nazwie ma słowo „nowoczesny”, z równym prawdopodobieństwem mogłaby stanąć na Księżycu.

Kluczymy trochę po tej zaskakującej miejscowości, aż w końcu znajdujemy budynek, który wyróżnia się w masie podobnych do siebie brzydkich, smutnych i depresyjnych zabudowań. Wyróżnia się rzecz jasna, nie jakąś  nadzwyczajną urodą, a jedynie wielkością i samą bryłą, która kiedyś rzeczywiście mogła mieścić się w kanonach nowoczesności. Właśnie – kiedyś.

Nawet jesteśmy trochę zdziwieni, kiedy okazuje się, że muzeum jest czynne. Wchodzimy i kupujemy bilety za całkiem współczesną cenę. Tak absolutnie jesteśmy nieprzygotowani na zagraniczną wyprawę, że nie mamy przy sobie żadnej obcej waluty. Pan w kasie nie jest zachwycony tą naszą ignorancją, ale robi szybkie obliczenia na kalkulatorze i bierze od nas 32 zł. Dostajemy vstupenki do muzea i niewielkie ulotki, z krótką historią oraz opisem ekspozycji. Zostaje nam wskazany kierunek zwiedzania i dalej wędrujemy już sami.
- Patrz, ulotki są w języku polskim – mówię.
- Rzeczywiście! Ciekawe skąd wiedzieli, że jesteśmy z Polski.
Patrzę na Adama. Nie żartuje. Zwyczajnie zapomniał chmurne oblicze pana, który sprzedawał nam bilety. Za złotówki J

Ekspozycja jest duża. Oprócz samych prac znajdujemy zdjęcia, wycinki prasowe, dokumenty, a nawet ubrania samego artysty, który jak się okazuje był postury nad wyraz szczupłej i drobnej. W tym jedynym w Europie muzeum sztuki Warhola oglądamy też  dzieła jego brata Paula i bratanka Jamesa.

Warto, absolutnie warto to wszystko obejrzeć! Całe wnętrze tego niesamowitego reliktu przeszłości zwanego Muzeum Sztuki Nowoczesnej ma w sobie coś magnetycznego i absurdalnego zarazem. Groteskowości temu dodaje także fakt, że Andy Warhol w Medzilaborcach nigdy nie był. Co więcej, nie był nawet na Słowacji ani w ówczesnej Czechosłowacji, choć rzeczywiście miał słowackie korzenie.


Wyszliśmy z muzeum nieco oszołomieni. I do tej pory nie możemy oprzeć się wrażeniu, że byliśmy chyba pierwszymi zwiedzającymi w tym miesiącu. Ale to pewnie tylko nasze przypuszczenie J

Zdjęcie nie z kurnika, ale z przykurzonego muzeum 




Zdjęć jest niewiele, bo w tej surrealistycznej instytucji wciąż obowiązuje zakaz fotografowania.

Do następnego.
M.




czwartek, 29 października 2015

Grzybobranie i czułe słówka

Wybraliśmy się na grzyby. Ale nie gdzieś  tutaj, do okolicznego lasku, tylko do miejsca, które w naszych terenach uchodzi za mekkę wszystkich grzybiarzy czyli w okolice Janowa Lubelskiego. Wynajęliśmy domek w samym środku Lasów Janowskich i w piątkowe popołudnie, prosto po pracy wyruszyliśmy w podróż.

Na miejsce docieramy wieczorem. Zjeżdżamy z  asfaltowej drogi i wjeżdżamy w głąb lasu, gdzie mamy nadzieję odszukać nasze lokum na najbliższe dwa dni. Światła samochodu oświetlają tylko niewielki wycinek przestrzeni przed nami; wąskie, wysokie drzewa i wyłaniające się spomiędzy nich chatki, które w związku z tym, że jest już po sezonie, świecą pustkami i z zamkniętymi na głucho okiennicami wyglądają nieco upiornie (przynajmniej po 21.00 w tych ostatnich dniach września).
W końcu jest i nasz domek. Gospodyni przekazuje nam klucze i organizacyjne wskazówki i żegna się z nami.

Pierwszą rzeczą, na którą pada mój wzrok, kiedy zamykają się za nią drzwi jest wielki wypleciony z wikliny pająk w kącie pokoju. Mam nadzieję, że to jedyny  egzemplarz w tym domu – mówię pod nosem, sama próbując w to uwierzyć, bo to bądź co bądź, jednak domek w lesie. I trwam przy tej nadziei dopóki nie usłyszę z kuchni: Nie wchodź tutaj!!
Ton głosu mojego męża sprawia, że wyobraźnia kreuje mi już obraz sześcionogiego stwora, wielkości wiewiórki, huśtającego się pod żyrandolem. Na szczęście okazuje się, że to tylko mała myszka, która przestraszona czmycha gdzieś za szafki kuchenne i jak się później okazuje, mamy się już więcej nie spotkać.

Późny wieczór, domek w leśnej głuszy. Zazwyczaj, w filmach z dreszczykiem, w tym momencie coś zaczyna straszyć albo od razu wydarza się jakieś morderstwo. Ale może dlatego, że nasza wyprawa nie ma nic wspólnego z kinematografią, nic takiego nie następuje. Nawet jedyna potencjalna ofiara, mały cienkonożny pajączek w łazience zaraz pierwszego wieczoru znika mi z oczu i gdzieś się zaszywa. Ja na potrzeby chwili przyjmuję zasadę, że jak czegoś nie widzę, to tego nie ma i tak sobie wspólnie egzystujemy przez te dwa dni.

Całą noc pada deszcz. Rano, trochę nieśmiało, ale jednak w końcu wychodzi słońce. Jest ciepło. Jesteśmy tak nastrojeni na grzybobranie, że niemal słyszymy jak śliczne małe grzybki przebijają ściółkę i wyskakują spod ziemi. 


Jeszcze tylko grzaniec do termosu i wyruszamy w las.
Znajdujemy pierwszego grzyba – porządnie wyglądający okaz z żółtawym jasnym kapeluszem i gąbką od spodu. Nie znajdujemy go w naszym podręcznym atlasie grzybiarza. I tutaj popełniamy podstawowy błąd, zamiast od razu go wyrzucić, dzwonimy do rodziców, żeby się skonsultować w sprawie naszego znaleziska. Jeszcze wtedy nie zdajemy sobie sprawy, że ten jeden nieprzemyślany telefon ciągnie za sobą serię kolejnych, kontrolnych połączeń zwrotnych zaczynających się od pytania czy już jedliśmy grzyby, bądź dla odmiany, czy żyjemy J


Bo jakkolwiek uwielbiamy zbierać grzyby, to tak naprawdę znamy tylko kilka gatunków, które bez trudu rozpoznajemy i możemy bez wahania i większego stresu skonsumować. Telefoniczny nadzór nie kończy się nawet po naszych solennych zapewnieniach, że jak mamy chociaż cień wątpliwości, to grzyb wędruje od razu z powrotem do swojego ekosystemu, a nie na naszą patelnię.


Po paru godzinach mamy już koszyk pełen grzybów, pusty termos i przeczucie, że zaraz się rozpada. Przeczucie zamienia się w pewność, na szczęście dopiero, jak docieramy do domku. 

Po południu z powrotem wychodzi słońce i możemy wrócić  do naszych zbiorów. A wieczorem, na tarasie naszej chatki powstaje przepyszna kolacja. Grzanki z grilla i sos ze świeżych podgrzybków. Mmmarzenie…
Niedziela wygląda bardzo podobnie. Nie ma jedynie kolacji na tarasie, no i grzańca, bo już musimy wracać. Jest za to kontrolny telefon o 10 rano – Żyjecie? J



Nasza chatka w leśnej głuszy
Pierwsze zbiory
Przeczekujemy deszcz
Przygotowania do kolacji

Pozostając w klimacie miłości rodzinnej i budowania trwałych więzi – krótka opowiastka mężatki z kilkuletnim stażem, której mąż często ostatnio wyjeżdża w delegacje…
Już jesteśmy po tradycyjnym wieczornym telefonie. Krótkim, rzecz jasna, bo przecież przez telefon załatwia się tylko ważne rzeczy, a nie papla bez sensu J  Życzymy sobie dobrej nocy i rozłączamy się. Powoli szykuję się do spania, kiedy słyszę, że telefon znowu dzwoni. Odbieram:
- Kochanie, zapomniałem Ci powiedzieć o czymś bardzo ważnym.
 Moje uszy i w ogóle cała moja osoba przygotowane są  na czułe i tkliwe zdanie w stylu „Strasznie się za Tobą stęskniłem. Nie mogę się doczekać, kiedy się zobaczymy.” I w pierwszym momencie nie dociera do mnie to, co rzeczywiście słyszę:
- Przewróć ser.
- Proszę? – muszę się upewnić
- Przewróć ser.
Informacja dociera, ale wciąż oszołomiony umysł  buduje niezbyt fortunne pytanie:
- Tak do góry nogami?

 Ech J

Pozdrawiam jesiennie.

M.