środa, 29 lipca 2015

Mydło, nie powidło

Warsztaty mydlarskie w Woli Sękowej? Czemu nie? Wybrałam się na nie z ciekawości, bo jakkolwiek opanowane mam różne techniki  wytwarzania wszelkiego rękodzieła, to jednak mydełek nigdy nie robiłam (choć Adam twierdzi, że akurat w branży mydlarskiej jestem  wybitną specjalistką, zwłaszcza od mydlenia oczu J)

Jedną z pierwszych osób, które spotkałam, kiedy dotarłam na miejsce była kobieta o wyglądzie elfa, która przywitała mnie z uśmiechem, jak długo wyczekiwanego gościa, a nie praktycznie  obcą osobę. Serdeczny uścisk dłoni. „Mam na imię Iwona. Mów mi po imieniu.” I tak poznałam naszą przewodniczkę po cudownej, pachnącej krainie, w której miałam spędzić kilka następnych dni.  

Na samym początku zajęć, kiedy Iwona przedstawiała się nam wspomniała, że przez ponad dwadzieścia lat pracowała w branży modowej projektując i szyjąc ubrania. Zagadywana przez nas o ten temat, ostatniego dnia na zajęcia, oprócz publikacji dotyczących różnych leczniczych roślin i ziół, przyniosła także kilka archiwalnych numerów czasopism. Wśród nich „Zwierciadło”, „Pani”, Twój Styl” sprzed 10 – 12 lat. A w nich wywiady, zdjęcia i rozmowy ze znaną i bardzo cenioną projektantką, fotografie z popularnymi aktorkami i modelkami w ciuchach jej autorstwa. Niewiarygodne! 
Jaką drogę przebyła ta uśmiechnięta, modnie ubrana kobieta ze stron kolorowych magazynów, która teraz włóczy się po podkarpackich łąkach z łopatą i widłami w ręku w poszukiwaniu roślin o zdrowotnych właściwościach, którymi można byłoby wzbogacić naturalnie wytwarzane mydełka, zajada dzikimi czereśniami i zachwyca rzeczami, na które większa część społeczeństwa w ogóle nie zwróciłaby uwagi albo uznała za zwykłe i prozaiczne?
Zafascynowana tą niesamowitą życiową historią pytam, jak to się stało, że zostawiła swoje światowe życie i zajęła się czymś tak mało komercyjnym. Odpowiada krótko: „Przestałam kochać to, co robię”.


A same warsztaty były wspaniałym doświadczeniem, bo nie dość, że prowadziła je niesamowita i charyzmatyczna kobieta, to sam proces wytwarzania mydła ma, moim zdaniem, coś z alchemii. Dokładnie odmierzone składniki, odpowiednia temperatura, mieszanie do uzyskania pożądanej konsystencji, zapach olejków eterycznych i … pojawiający się często na końcu element zaskoczenia. Bo tak naprawdę używając naturalnych substancji – ekstraktów z roślin i ziół – nigdy nie możemy być pewni, jaki będzie efekt końcowy.  Przynajmniej wizualnie, bo znając ich właściwości możemy przewidzieć działanie.











A tak naprawdę najbardziej zaskakujący wniosek, który pojawił się u mnie w trakcie warsztatów, był taki, że większość składników niezbędnych przy domowej  produkcji mydła mogę znaleźć w … kuchni J


Cieszę się, że mogłam przeżyć te trzy dni z ludźmi, których pasja i ciekawość przygnały na tę podkarpacką wioskę z różnych stron Polski. To był dobry czas spędzony z dobrymi ludźmi. Oby więcej takich chwil.

Do następnego J
M.


środa, 20 maja 2015

Punkt zaczepienia

Bez niego nie zaczynam rysunku. Bez niego nie jestem w stanie postawić pierwszej kreski na białej powierzchni papieru. Właściwie wyobraźnia, to przestrzeń, która nie ma granic, nie ma końca. Jednak, w moim przypadku, zdecydowanie musi mieć początek.

Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego dla mnie najczęściej tym punktem zaczepienia jest słowo, jakiś przeczytany tekst, fragment książki. Czemu właśnie słowo napisane zapala w mojej głowie jakąś lampkę, jest tym jednym małym kamykiem, który porusza lawinę i później wszystko już dzieje się jakby samoczynnie. I chociaż na końcu po tym właśnie kamyku nie ma już śladu, to jednak bez niego nic by się nie wydarzyło.

Czytać nauczyłam się bardzo wcześnie. Właściwie mając 5-6 lat czytałam już płynnie. Dzisiaj może nie byłoby to jakimś ekstraordynaryjnym wyczynem, bo dzieci uczy się literek bardzo wcześnie (i najlepiej, żeby czytały od razu po angielsku ;-)) Jednak na ówczesne standardy było to jakieś osiągnięcie J
Będąc właśnie taką małą dziewczynką zostałam, przez chorobę, unieruchomiona na dwa lata w domu. Pierwsze dwa tygodnie spędziłam w szpitalu i do tej pory pamiętam tytuły dwóch bajek, które mama przyniosła mi tam tego feralnego pierwszego popołudnia. Przeczytała mi je i zostawiła przy łóżku, raczej pewnie nie licząc, że samodzielnie je przeczytam. Tymczasem, tak długo, właściwie do znudzenia, składałam literki, które w większości już znałam, że po dwóch tygodniach bardziej recytowałam z pamięci niż czytałam. A czytałam najczęściej na głos.  I tak sobie teraz myślę, że może i lepiej, że moi współtowarzysze niedoli ze szpitalnej sali również byli przykuci do łóżek, bo w przeciwnym razie ktoś na pewno nie wytrzymałby, wstał, wyszarpał mi książkę i wyrzucił przez okno J Żuraw, Czapla, Prot i Filip, to byli w tamtym czasie naszymi nieodłączni gośćmi. Jedynymi, którzy nie przestrzegali pory odwiedzin J

Po powrocie do domu czytałam już tylko więcej i więcej. Z jednej strony, dla zabicia nudy, a z drugiej? Myślę, że nie mogło być inaczej. Miałam to szczęście, że w moim rodzinnym domu rodziców częściej widywałam z książką niż przed telewizorem (właściwie nadal tak jest). Może dlatego teraz żyję w beztelewizyjnej  rzeczywistości, za to książki znajdują się w każdym pomieszczeniu w domu. Mimo że każdy, kto choć raz był naszym gościem może śmiało powiedzieć, że nie jest to znów taka wielka powierzchnia do zapełnienia J

Przechodząc do konkluzji (wpis zrobił się nieco przydługi), chyba właśnie dlatego rysowanie najczęściej zaczynam od przeczytania jakiegoś fragmentu książki, tekstu, utworu…  To może być urywek, werset, jedno zdanie…
Na obecną chwilę mam dwóch mistrzów w dziedzinie kreowania (nie)rzeczywistości słowem.
Kiedy przygotowywałam swój dyplom magisterski, w dużej mierze inspirował mnie Italo Calvino i jego Niewidzialne miasta. Teraz, obok Calvino, znalazł się również Bruno Schulz. I mam nadzieję, że na tym nie koniec, że znajdę, odkryję jeszcze twórców, którzy tak pięknie rysują słowami, którzy kieszenie mają pełne małych kamyczków, gotowych poruszyć lawinę J


Od tygodnia w Wypożyczalni Muzycznej  w  Rzeszowie można już oglądać moje rysunki. Kilka z nich prezentowałam już TUTAJ. Pozostałe, to właśnie część mojego dyplomu inspirowanego niesamowitą poetycką prozą Italo Calvino.







Słowa…. słowa…. nic o  serach… Adam wybaczy J

Zarysowana

M.

środa, 22 kwietnia 2015

O sznurku lnianym i woskowaniu sera

Postanowiłam znaleźć nowe zastosowanie dla lnianego sznurka, z którego jakiś czas temu robiłam bransoletki z drewnianymi koralikami. I tak powstały różne kwiatopodobne formy. Większe mogą służyć za podkładki pod kubek. Oczywiście, tylko jeśli ktoś gustuje w takich rustykalnych klimatach. Osobiście, bardzo lubię ten materiał; tę surowość i szorstkość sznurka. To że miejscami jest cieńszy, miejscami grubszy sprawia, że całość nabiera ciekawego niejednolitego charakteru. Lubię w nim właśnie, to że jest taki toporny J
Toporny wydawał mi się też dzisiejszy poranek jak po dwutygodniowym urlopie miałam wrócić do pracy. Ale udało się i nawet okazało się, że nie było tak źle ;-)










W kuchni właśnie odbywa się woskowanie sera. Tego sera…


Staram się tam nie wchodzić, żeby swoim nieoczekiwanym pojawieniem się nie sprowokować sytuacji, która miała miejsce dwa miesiące temu, bo chociaż o sposobach usuwania wosku z powierzchni wszelkich wiem już chyba wszystko, to jednak nie chciałabym tamtego feralnego popołudnia powtórzyć. Mam nadzieję, ze wszystko pójdzie sprawnie i serek niebawem dołączy do tego wesołego grona J


Pozostając jeszcze w pourlopowym klimacie słucham tego ….


Właśnie dlatego lubię Trójkę J

Utwór nie nadaje się do biegania ani do szybkiej jazdy samochodem, ale w innych okolicznościach dobrze się go słucha. Uspokaja. A ciekawostką  jest fakt, że do zdjęcia na okładce płyty Stevena Wilsona pozowała Polka. 

Pozdrawiam ciepło.
M.


sobota, 18 kwietnia 2015

Wdowa po doboszu i halki ciotki Józefiny

Filmowo
Nawet nie przyszło mi do głowy, że uda mi się w święta obejrzeć po raz kolejny film, który, mam nadzieję, zobaczę jeszcze nie raz… „Amelia” – nie potrafię dokładnie sprecyzować, co takiego magnetycznego jest w tym filmie, że lubię do niego wracać. Czy to specyficzne ciepłe światło, czy sposób narracji, który przeprowadza widza, przez gęstwinę niekiedy mało realnych wydarzeń i mocno niecodziennych przygód głównej bohaterki, czy stworzona specjalnie do tej produkcji wspaniała muzyka, która idealnie wkomponowuje się w paryski klimat filmu. Reżyser Jean-Pierre Jeunet wykreował świat może i podkoloryzowany, może irracjonalny i nieprawdopodobny, niemniej ta nierzeczywistość jest tak dobra i optymistyczna, że nie mogłam odmówić sobie tej przyjemności i nie zapuścić się w nią jeszcze raz.

Atmosferycznie
Święta Wielkanocne minęły dość  szybko i - jeśli chodzi o aurę - chłodno. Wielki Czwartek wieczorem wyglądał u nas tak…..




Dla równowagi… dzisiaj było już trochę inaczej…..



Kulinarnie
Przygotowania do świąt objęły także naszą serową rzeczywistość. Adam wykorzystał fakt, że mój Tato uruchomił domową wędzarnię i przy okazji kilka naszych serków nabrało aromatu i smaku Rolady Ustrzyckiej. Według mnie efekt końcowy - znakomity!

Przed wędzeniem…




Po wędzeniu….





Szydełkowo
W związku z rozchwianiem pogodowym i zaskakującą amplitudą temperatur powstała kremowa trójkątna chusta, którą zrobiłam dzięki wsparciu gazetki Szydełkowe trendy (1/2013). Samo wykończenie chusty jest mojego pomysłu. To w połowie wynik fantazji, a  w drugiej połowie -niezrozumienia wskazówek zawartych w gazecie J








Artystycznie
I już zupełnie na koniec… w przyszłym tygodniu w galerii Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Rzeszowskiego otwiera się wystawa studentów i absolwentów Pracowni Rysunku Wydziału Sztuki UR, w której i ja mam przyjemność uczestniczyć. Wystawa nosi tytuł Lustro i zainspirowana jest prozą Brunona Schulza. Więcej informacji o wystawie znajduje się TUTAJ . W przyszłym miesiącu wystawa powędruje do Sanoka, do galerii przy Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Grzegorza z Sanoka.
A dla tych, którzy nie dotrą do galerii…



Na tym kończę ten bardzo niejednolity wpis słusznie sugerujący niemożność (nieumiejętność?) zogniskowania swoich zainteresowań przez autorkę.

Ciepło pozdrawiam.

M.

środa, 11 marca 2015

Papier niewyczerpany czyli o wystawie słów kilka

Jest! W końcu się udało sfinalizować ten projekt, który kiełkował gdzieś od połowy zeszłego roku. Jutro będzie można już obejrzeć moje rysunki na wystawie w Rzeszowie. Mojej pierwszej indywidualnej wystawie :-) 
Więcej informacji znajduje się w katalogu, który można obejrzeć TUTAJ

A dla tych, którzy nie będą mogli obejrzeć prac w oryginale, poniżej zamieszczam zdjęcia. Rysunki są duże, bo w formacie 100/50 cm. Zdjęcia - niewielkie więc trochę umykają szczegóły, ale ogólny zamysł można odszyfrować. 







Tych wszystkich, którym mydliłam oczy zaproszeniem na wernisaż, chciałabym serdecznie przeprosić, bo wernisażu zwyczajnie nie będzie. Galeria jest niewielka i jej gospodarze nie przewidują takich imprez. Co mnie akurat, na chwilę obecną, odpowiada, bo wciąż stresują mnie publiczne wystąpienia. 

I tak oto kilka miesięcy pracy zamknęło się w jednym wpisie... ale nie mogłam przecież prezentować rysunków wcześniej, bo to jakby pojechać w trasę koncertową zanim nagra się piosenkę. 

Na koniec jeszcze chciałabym podziękować mojemu Mężowi za to, że ani razu nie zaprotestował, jak zamieniłam połowę naszego mikromieszkania na pracownię. 

 Teraz idę się cieszyć :-)

M.

czwartek, 26 lutego 2015

Mela, wosk i żurek

Koncert Meli Koteluk - cudowny. Wielki talent połączony ze skromnością artystki, profesjonalizmem i, dającym się wyczuć, szacunkiem dla publiczności oraz członków zespołu zaowocował wydarzeniem w klimacie, który ja akurat lubię czyli, w skrócie, bez obijających się o ciebie sąsiadów i płynących ze sceny zawołań w stylu „Jak się bawicie??” Twórcy pokroju Meli przywracają mi wiarę w polską muzykę i w artystów, którzy nie bywają na bankietach, nie brylują w towarzystwie, nie zasiadają w jury zwariowanych show i nie karmią nas swoim życiem prywatnym, tylko po prostu śpiewają i robią to na najwyższym poziomie.



A teraz kolejny odcinek z cyklu W naszej domowej serowarni...

Woskowanie sera (żeby nie wysychał i mógł spokojnie dojrzewać)

Epizod pierwszy…

Cały obrzęd odbywa się w kuchni. Wieczór. Śliczny czerwony wosk topi się w garnku. W powietrzu przyjemny delikatny zapach parafiny. Wtem, zwabiona dziwnym dźwiękiem i podążającym zaraz za nim brzydkim słowem, z pogranicza wulgaryzmu, wchodzę do kuchni i widzę…. wosk. Wszędzie!
Jest na kuchence, blacie, podłodze, ścianach, płytkach, dywanie, drzwiach od łazienki oraz na twarzy, odzieży i we włosach mojego współmałżonka. Jedyną powierzchnią, która nie jest pokryta woskiem jest ser. Stoję i nie bardzo wiem, co powiedzieć. Słyszę jeszcze tylko optymistyczny komentarz, że mogło być gorzej, ale na tamtą chwilę trudno mi w to uwierzyć. Trzy godziny później również. Rano w pracy ziewam niewyobrażalnie. Kolega kwituje „Nie pytam, co robiłaś w nocy”. „I tak nie uwierzysz” mówię.


Epizod drugi…

Jednak się udało…





A tak naprawdę trudno złościć się na kogoś, kto nawet żurek gotuje w dwóch garnkach, żeby jedna jego wersja mogła być skonsumowana przez wegetariankę J



Nadal zapracowana
M.