niedziela, 23 listopada 2014

Moje czyli nasze czyli jak to jest w małżeństwie

Mam wrażenie, że o formie do sera Baby Gouda wiem już wszystko. Mało tego, potrafię ją narysować z zamkniętymi oczami i to w trzech rzutach. Mieszkanie z kimś, kto w tak niepohamowany sposób dzieli się swoją pasją sprawiło, że poziom mojej wiedzy ogólnej podążył w dość nieoczekiwanym kierunku. Najbardziej zaskakujący jest jednak fakt, że mój osobisty blog stał się, ni z tego ni z owego, naszym. Ostatnio, przy okazji premiery kolejnego serka pada pytanie " Zrobisz zdjęcie i wrzucisz na bloga?". "Czyjego?" pytam, mimo że znam odpowiedź, wszak liczba blogów w naszym gospodarstwie rodzinnym, jak na razie, wynosi sztuk jeden. I póki co "wrzucam na bloga", choć rozważam pewną ewentualność stworzenia tutaj odnośnika do jakiejś podstrony, która mogłaby się na przykład nazywać: Jeśli nie dzisiaj, to kiedy zrobię kolejny serek? Czyli poradnik dla niecierpliwego serowara. :-)




W roli głównej ementaler z ziołową skórką



Zastanawiam się, czemu tak szybko zniknął. Może to robota Packmana? ;-)

Natomiast, jeśli chodzi o moją twórczość - wchodząc w fazę lekkiego znużenia projektami, które swój finisz będą miały dopiero za jakiś czas, potrzebowałam czegoś ekspresowego, co zajęłoby moje ręce i umysł i czego efekt byłby widoczny względnie szybko. I tak powstały bransoletki, można powiedzieć, w duchu eko, z lnianego sznurka i drewnianych koralików. Każdy, kto poznał choćby podstawy makramy, jest w stanie, w miarę sprawnie taką, bądź podobną wykonać. 

Jedna z bransoletek została właściwie od razu zarekwirowana przez pewnego początkującego serowara :-)











Miłego tygodnia :-)
M.

środa, 29 października 2014

Jak nie Cyfrowy Polsat, to kto?

Dzisiaj rano. Godzina 8.30. Odbieram telefon:
- Słucham?
- Cyfrowy Polsat?
- Proszę?
- Cyfrowy Polsat?
- Nie. 
- Nie Cyfrowy Polsat? To kto?
Powiem szczerze, że pytanie tak mnie zaskoczyło, że przez chwilę nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć. 
Może to jakiś znak, że powinniśmy w końcu kupić telewizor :-) 

W związku z tym, że jednak na chwilę obecną go nie posiadamy, mam jeszcze trochę czasu, żeby przerwać przygotowania do wystawy i porobić coś innego.
Opleciona kula, od jakiegoś już czasu, czekała aż coś się wydarzy. No i w końcu wydarzył się naszyjnik. Oplatając kulkę korzystałam ze wskazówek zawartych w trzecim numerze magazynu Beading Polska (na szczęście można go już kupić w Empiku, a nie tylko zamawiać przez internet)
Użyłam koralików przezroczystych, a wszelkie efekty kolorystyczne są zasługą cieniowanego kordonka. 










Niedawno, wracając z wyjazdu służbowego, mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Warszawą a Krosnem, dostałam wiadomość o treści: "Zgadnij co na obiad" oraz z takim zdjęciem... 



Natomiast w domu czekało na mnie to...


Krem z dyni podany z czipsami imbirowymi, marchewką i prażonymi pestkami. Pycha :-)


Kulinarne pasje Adasia poszły niedawno w dość nieoczekiwanym kierunku, mianowicie serowarstwa.I choć ostatnio nie słyszę w domu o niczym innym, jak o metodach produkcji żółtego sera, kulturach bakterii, mleku, podpuszczkach, chustach serowarskich, prasach, formach i termometrach spożywczych, cieszę się ogromnie, że jestem z kimś, dla kogo czasami największym problemem jest, czy zostawić ser na noc w solance :-)

Inauguracja sezonu serowego miała miejsce podczas pewnej znakomitej  imprezy, na którą zostaliśmy zaproszeni całkiem niedawno. Nie było tortu (bo musiałby być bezglutenowy) więc organizatorka całego wydarzenia dostała od nas ser. O tym, że był to prezent, świadczy oczywiście kokardka :-)





No i wciąż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że idealnym prezentem gwiazdkowym dla mojego Męża byłaby... krowa :-)  

Uściski. Dzisiaj zwłaszcza dla moich nowych czytelników :-)
mg

czwartek, 25 września 2014

O klimatycznych fanaberiach i o innych rzeczach

Pierwszy dzień jesieni odczułam bardzo dotkliwie, wybierając się wczoraj do pracy. Zważywszy na umiejscowienie naszego mieszkania, zanim przyszło mi zmierzyć się z temperaturą na zewnątrz (a ściślej mówiąc - na polu - bo tak się u nas mówi :-)) musiałam najpierw pokonać kilkadziesiąt kręconych schodów, dwa niezbyt dobrze oświetlone korytarzyki i kilkanaście schodów "zwykłych". Gdy tylko otworzyłam drzwi wejściowe od razu poczułam, że niezbyt precyzyjnie dobrałam strój do panujących warunków atmosferycznych. A gdy stanęłam na rynku i zobaczyłam pierwszych tego dnia przechodniów odzianych w garderobę o niemal zimowym charakterze, tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu. Miałam oczywiście możliwość powrotu i pokonania tyle co przemierzonej trasy tyle, że w odwrotnym kierunku. Nie chciałam jednak ryzykować spóźnienia się do pracy i wybrałam się  w swój codzienny piętnastominutowy spacer. Tylko, tym razem, lekko żwawszym krokiem.
Dzisiaj już ubrałam się zdecydowanie cieplej i  tylko przez moment żałowałam, że nie założyłam rękawiczek :-)
Trudno w to uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu biegłam na wieczorne zakupy w krótkich spodenkach.

Na szczęście pogoda, to nie jest coś, na co powinno się narzekać. Trzeba ją raczej zrozumieć i zaakceptować, bo na szczęście wciąż jest to jedna z niewielu już rzeczy, na które człowiek nie ma tak do końca wpływu. 

Bez względu jednak na zaskakujące temperaturowe zawirowania, udało mi się zrobić kilka rzeczy, a niektóre dokończyć. Wszystko powstawało w między czasie, ponieważ umysł i ręce mam ostatnio zajęte większym przedsięwzięciem, mianowicie przygotowaniami do mojej pierwszej indywidualnej wystawy rysunku. Ale o tym nieco później....

Tymczasem dzisiaj:

Koszyk nr 2 (a właściwie - pojemnik wykonany z Hooked Zpagetti). Pierwszy powstał kilka miesięcy temu i można go obejrzeć tutaj. Tym razem wyściełanie szyłam (prawie) sama - wkład Adasia: przywiezienie maszyny do szycia od mojej Mamy + uszczypliwe uwagi, zakończone jednak konkluzją, że chyba jednak trochę potrafię szyć ;-)) 
Koszyk zamieszkał już w łazience naszych Przyjaciół :-)










Bransoletka, również z wykorzystaniem Hooked Zpagetti. Inspirację znalazłam w 5 numerze Mollie Potrafi.





 



Z cyklu w końcu ukończone - białe serduszko.... już nie wygląda tak blado.





Pozdrawiam Was ciepło.
M.

środa, 3 września 2014

Schyłek lata i kwiaty z włóczki

Nie da się ukryć, że tegoroczne lato powoli ustępuje miejsca jesieni. Każdy, kto choć raz w ciągu ostatnich dwóch tygodni wybrał się na wieczorny spacer, musiał to odczuć, zwłaszcza jeśli nie włożył na siebie czegoś ciepłego :-)

Osobiście lubię ten czas, kiedy wieczory robią się coraz dłuższe i po pracy można bez wyrzutów sumienia opatulić się w kocyk i z kubkiem gorącej herbaty nadrabiać czytelnicze zaległości. Najbardziej uwielbiam te momenty, kiedy po przeczytaniu połowy książki, myślę sobie, że pora się położyć, bo już jest chyba połowa nocy; patrzę na zegarek, a na nim dopiero 21.00. Takie długie wieczory, w moim przypadku, zawsze sprzyjają wszelkim twórczym działaniom; od bardziej ambitnych, po takie "rozrywkowe", jak np. kwiatowe broszki.

 Kiedy zbliża się jesień przychodzi mi ochota na ciepłe włóczkowe dodatki. Właściwie chodzi mi po głowie jakiś przyjemny szal albo fantazyjna chusta, w każdym bądź razie, coś do zamotania wokół szyi. Sęk w tym, że na razie chyba nie mam odwagi na tak duże przedsięwzięcie (po ostatnim szalu, który powstawał prawie rok, jest to trochę uzasadnione:-))
Ale wierzę, że przyjdzie taki moment... tymczasem jednak.... włóczkowe kwiaty.... 













Pozdrawiam ciepło
M.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Od rozczarowania do oczarowania

Odebrałam ostatnio pewne sygnały sugerujące, że ktoś tu chyba jednak zagląda. Mało tego, owe sygnały nosiły nawet znamiona zarzutu i rozczarowania, że dawno nic nowego nie pojawiło się na blogu. Zdobyłam się więc na odwagę i sprawdziłam datę ostatniego wpisu i .... (wyrażę się dość kolokwialnie) włosy zjeżyły mi się na głowie.
Naprawiam zatem szybko blogowe zaniedbania i żeby choć trochę wytłumaczyć tak długą nieobecność dzielę się swoimi wspomnieniami z wakacji (chociaż, jak ktoś już jest duży i nie jest nauczycielem, to chyba powinien używać formy "urlop"). Mniejsza o to...

Chorwacja...  do niedawna kraj, który dla wszystkich był gwarancją pięknej, słonecznej i upalnej pogody, w tym roku właśnie przestał nim być. Dla mnie i mojego męża, może nie było to szokujące, ponieważ byliśmy tam po raz pierwszy. Natomiast to, co pojawiło się na twarzach naszych przyjaciół, którzy Chorwację widzieli już kilkakrotnie i postanowili pokazać nam ten zakątek świata proponując wspólny wyjazd na urlop, dalekie było od zachwytu, a nawet zwykłego zadowolenia. Chwilami to rozczarowanie udzielało się także i mnie, kiedy np. w niedzielę rano, zamiast krzątającej się po kuchni Dorotki, obudziły mnie strugi deszczu bębniące o parapet. Na szczęście nasz gospodarz, zwany przez nas po prostu Dziadziem, uratował nam dzień przyrządzając specjalnie dla nas przepyszne danie z ośmiornicy i duszonych warzyw. Nawet moja wegetariańska natura nie mogła się oprzeć przed spróbowaniem tego cudownego dania. 
Ale kiedy kolejnego deszczowego dnia Dziadziu przyniósł nam szachy, żebyśmy się nie nudzili, to już przestało być śmieszne.



Ośmiornica z warzywami




Resztę niedzieli spędziliśmy zwiedzając Szibenik (Šibenik) i tutaj właśnie rozczarowanie w bardzo naturalny sposób przeszło w oczarowanie. Miasto, jak z bajki, wąziutkie uliczki, pnące się ku górze, a z drugiej strony przepiękne marynistyczne widoczki, np. takie, jak ten poniżej...






Pierwszy dzień przywitał nas deszczem . Na znak tego, że nie ogarnęła mnie literacka fikcja - zdjęcie tęczy, która ukazała się później.


Jedyne, co mnie przerażało w tym cudownym kraju, to owady, mniej więcej takiej wielkości (zdjęcie robił mój mąż, bo ja nie odważyłam się podejść tak blisko.
A jakby skoczył? -))




Primoszten (Primošten) - nie wiem, czy ktoś się odważy, żeby zaparkować tutaj samochód bez podstawienia go choćby małym kamyczkiem.


To sama "renówka" tylko, że w tle po lewej, dodatkowo mój mąż. 


Trogir - miasto, niczym oryginalna scenografia do "Piratów z Karaibów".

Mieć taką pracownię, jak ten pan...


Skuterki , na których podróżują wszyscy, niezależnie od płci, wieku i... przepisów drogowych oraz wszędobylskie koty.

Pranie rozwieszone na sznurkach rozciągniętych pomiędzy kamieniczkami i rośliny, które moja mama hodowała w doniczkach tylko, że jak się okazało, te mamy były w skali mikro.


Zastanawialiśmy się z Adasiem, czy  rower został postawiony, bo ktoś tam własnie zaparkował, czy to może kwestia estetyki i miał spełniać rolę czysto dekoracyjną. Nawet, gdyby to miała być tylko przemyślana aranżacja, to daliśmy się temu uwieść.


Widok z naszego salonu. Dla mnie kawałek morza, to już coś nawet,  jeśli na pierwszym planie stoi wielka szara chałupa.


Na dziecku z gór nawet takie widoczki robią wrażenie :-)


Widok z naszej kei 


Split - miasto w mieście


Niesamowite miasto cesarza Dioklecjana


Widoczek na pożegnanie



No i jak tam nie wrócić?

Pozdrawiam wciąż jeszcze wakacyjnie.
M.