sobota, 7 lipca 2018

Zając


Na mięsnym.

- Coś podać?
- Tak. Poproszę 20 deko tej wędliny z zająca.
- Dobrze. Tylko, że to jest wieprzowina.
- ...? To czemu w takim razie jest podpisana „Zając”?? To nazwisko producenta?

Teraz odpieram wzrokowy atak z gatunku „Czy ona jest prawdziwa?” i „Jak można być takim ignorantem?”

- Przecież kiedyś tak się mówiło na taki klops – zajączek.
- Acha...?

Dwie refleksje po zakupach:
  1. Świat jest jednak pełen niespodzianek.
  2. Zawsze i bezwarunkowo trzeba mieć się na baczności, żeby np. z mięsnego, zamiast z filetem z indyka, nie wyjść z jagnięcym udźcem. Zwłaszcza, że nie wiem, czy kiedyś w przeszłości komuś nie przyszło do głowy nazwać tak krakowską podsuszaną.


Fotografie, na szczęście, już z zupełnie innego spektrum...









 


Dobrego dnia.
M.



niedziela, 24 czerwca 2018

Dom


To miejsce? Stan? Relacja? Rodzina? Kredyt na 30 lat? Cztery ściany przykryte dachem? 
Tak przykro usłyszeć, że komuś nie chce się wracać do domu. Że to miejsce przestaje być cichym portem, przystanią spokoju i bezpieczeństwa, a staje się jedynie pomieszczeniem, gdzie można się przespać i przechować swoje osobiste rzeczy.

My właściwie nie mamy domu. Ale czy jesteśmy bezdomni? Bo wynajęte mieszkanie, to już dom czy jeszcze nie? I pytania, kiedy przeprowadzka, kiedy o czymś pomyślimy?  Mojemu pokoleniu wmawia się, że wzięcie kredytu na kilkadziesiąt lat jest oznaką dorosłości. Czyli założenie, że w ciągu najbliższych paru dziesiątek lat nic mi się nie stanie i będę miała stały i regularny dochód powinno być wyrazem mojej odpowiedzialności, a nie beztroski i brawury.  A jak mieszkam w domu kupionym na kredyt, to on już jest mój czy banku?

Zatem nie mam jeszcze własnego domu. Nie mam kredytu. Mam za to ludzi, z którymi chcę ten dom tworzyć i dzięki którym miejsce, gdzie teraz wracam jest moją przystanią i portem. Rzadko cichym, ale zawsze bezpiecznym.

Ot, niedzielne o domu rozmyślania…








Dobrego dnia,
M.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Biblioteka


Wchodzimy. Wózek, mój duży już brzuch i ja. Oddaję książki, które jakimś cudem udało mi się w ostatnim czasie przeczytać, kradnąc samej sobie bezcenne godziny przeznaczone na sen i odpoczynek.
Za ladą pani. Jakaś nowa, może na zastępstwo. Bardzo miła. Odbiera książki i pyta:

- Będzie pani coś pożyczać?
- Owszem – mówię
- Wie pani gdzie szukać?
- Raczej tak – odpowiadam
- Tutaj na pewno pani sobie coś znajdzie.

Porozumiewawczo mruga okiem i wskazuje najbliższe półki wypełnione po brzegi romansami, kuchenną beletrystyką, historiami o cudzołóstwie i niedochowywaniu wierności, powieściami z niezbyt skomplikowaną fabułą o, z reguły, łatwym do przewidzenia zakończeniu, utworami literackimi z wymyślnym wątkiem kryminalnym i całą literaturą tworzoną masowo na potrzeby zwiększania statystyk czytelności wśród gospodyń domowych.


Kwadrans później widzimy się znowu. Na ladzie przed panią ląduje Grudziński, zeszłoroczny noblista o japońskich korzeniach i znana reportażystka i biografka. Pani nic nie mówi, ale nadal się uśmiecha. Ja z resztą też.





 








Dobrego dnia.
M.

sobota, 9 czerwca 2018

Sprawy

- Na razie przedłużymy pani umowę do dnia porodu.
- Na razie? A co później?
- Później, zobaczymy...

Niestety, obawiam się, że jedyną rzeczą, jaką będziemy jeszcze wspólnie oglądać będzie moje świadectwo pracy.

Zastanawiam się jak wiele dziewczyn oczekujących narodzin swojego dziecka czyli będąc w stanie, kiedy jak kania dżdżu pragnie się spokoju i poczucia bezpieczeństwa, dostaje nagle taki zastrzyk adrenaliny. Życie...














Ale dobre rzeczy też się dzieją.
M.

środa, 30 maja 2018

Folwark


Zanim jeszcze sama zostałam mamą z fascynacją przyglądałam się metamorfozom domów i mieszkań moich znajomych, którzy już zostali rodzicami. Najczęściej te wysprzątane, wymuskane wcześniej wnętrza zamieniały się w magazyny zabawek, ze ścianami, milcząco przyjmującymi ataki twórczej inwencji najmłodszych domowników, pozbawione obrusów i serwetek stoliki świeciły pustkami, fantazyjnie zabezpieczone narożniki mebli wyglądały pociesznie, a przez lata gromadzone dekoracje i pamiątki, porozstawiane niegdyś w różnych miejscach, skrzyknęły się nagle i w poszukiwaniu azylu udały się z pośpiechem w góry. I tak sobie wtedy myślałam: ja to nigdy…, u mnie to zawsze…

I w końcu stało się! W naszych czterech ścianach pojawił się nowy lokator. I nagle, ni z tego, ni z owego… nasze mieszkanie zaczęło wyglądać jakby eksplodował w nim ogromny sterowiec wypełniony nie powietrzem, a zabawkami i akcesoriami dla maluchów. Rekwizyty i utensylia małego człowieka fenomenalnie wkomponowały się w zajmowaną przez nas dotychczas przestrzeń, a ja wykreśliłam ze swojego słownika wyrazy nigdy i zawsze.

Ale kiedy na pralce w łazience z dnia na dzień pojawił się folwark, a gumowe zwierzątka do kąpieli powoli rozpoczynały ekspansję terytorialną za sprawą młodocianego, ale bardzo charyzmatycznego przywódcy, postanowiłam zareagować... i w ruch poszło szydełko.












Dobrego dnia.
M.



środa, 9 maja 2018

Bluebird


Możliwe, że rok temu pomogłam pojawić się na świecie pewnemu przyszłemu ornitologowi, miłośnikowi ptactwa, entuzjaście lotów i nielotów, fanatykowi ptaków, ptaszydeł i ptasząt, maniakowi wszelkich dwuskrzydłych stworzeń, a ponadto, sympatykowi drobiu (nieważne czy nadal na wolnym wybiegu czy już w lodówce, czasami odnoszę wrażenie, że nawet lepiej to drugie).

Więc rozwieszam po domu kolorowe ptaszki z papieru, wystaję razem z nim godzinami w oknie wypatrując ptaków, na spacerze zatrzymuję się przy każdym napotkanym na rynku gołębiu, do znudzenia powtarzam, że to nie konik robi ko-ko, tylko kurka, wyciągam go z dna rozpaczy pokazując mu dwie sroki, które przysiadły właśnie za oknem na kominie sąsiedniej kamienicy.

A jak rano słyszę pierwsze dobiegające z łóżeczka dźwięki, to nawet nie muszę patrzeć na zegarek bo wiem, że jest 5.27 i właśnie obudził się mój ranny ptaszek.

I choć czasami jest mi ciężko i zastanawiam się, czy zwyczajnie nadążę za tym małym pędziwiatrem i jak przeczytam w wiadomościach informację, że ojciec włożył syna do klatki z tygrysem podczas wycieczki do ZOO, pomyślę tylko „Genialny pomysł!”, to i tak wieczorami, zamiast oddawać się błogiemu lenistwu, dziergam na szydełku różne stwory, które byłyby w stanie sprostać tej małej szalonej ptasiej obsesji.







I muzyka:


Dobrego dnia.
M.