wtorek, 17 lutego 2015

Koszyk i Mela

Dzisiaj wpadam tylko, żeby podzielić się drobiazgami. Obiecuję, że po otwarciu wystawy napiszę coś więcej, będę bardziej wylewna. 

I tak, drobiazg numer jeden.... koszyk - podobny powstał niedawno. Tamten miał błękitną wyściółkę, ten ma mysioszarą. Nie mogę się jakoś odgonić od tych kropek ostatnio :-)







Koszyk powędruje niebawem jako prezent do nowego domu. Mam nadzieję, że się spodoba, no i - rzecz jasna - przyda :-)

Drobiazg numer dwa....ktoś tu chyba gdzieś pojedzie....



Nie mogę się doczekać! 

Acha! Gdyby ktoś wymyślił maszynę do zatrzymywania czasu, to chętnie ją nabędę. Bardzo by mi się teraz przydała. Nadmieniam, że ma nie działać w poczekalni, w pracy i w kolejce do  kasy w supermarkecie ;-)

Ciepło pozdrawiam
M.



czwartek, 12 lutego 2015

W między czasie

Dzisiaj taki szybki wpis z cyklu „ w telegraficznym skrócie”, żeby dać znać, że żyję, że nie zapomniałam J 
Moja przeciągająca się nieobecność tutaj wiąże się z pewnym bardzo ważnym faktem, mianowicie….. w marcu otwieram wystawę. Swoją pierwszą indywidualną wystawę rysunku!

W związku z tym, panuje teraz u mnie pełna mobilizacja. Do końca lutego muszę przygotować wszystkie materiały do katalogu czyli właściwie wszystko, co zależy tylko ode mnie musi już być gotowe.  

Pracuję więc bez wytchnienia…. robię tylko przerwy, żeby zrobić herbatę… kubek jest duży więc dwie na wieczór wystarczą J



Pozytywnie się motywuję np. muzyką…..



Nie wiem czemu, tak mi się podoba ten zasłyszany w Trójce kawałek. Czy to może to intrygujące połączenie głosu dorosłego mężczyzny z wyglądem chłopca? A może po prostu George Ezra kogoś mi przypomina? ;-)

Jeden z moich profesorów od rysunku zawsze mawiał, że rysowanie przede wszystkim ma sprawiać radość. Ja także nie jestem zwolennikiem sztuki cierpiętniczej. Cieszę się, że rysuję, że wróciłam do tego po długim czasie twórczego bezwładu. Rysując coś, od początku do końca, masz wpływ na kształt swojego dzieła. Bez przepisu, bez wzoru. Liczy się tylko to, co masz w głowie. Czy to nie ekscytująca perspektywa?

Zupełnie na koniec…..nadal pozostając w temacie sztuki......nasza pierwsza sztuka sera z dziurami….






Pyszny. Adam marudzi, że za mało lipazy. No cóż, wolno mu mieć swoje zdanie :-)

Zapracowana
M.

wtorek, 13 stycznia 2015

Amigurumi

To pochodząca z Japonii sztuka polegająca na wykonywaniu na drutach bądź szydełkiem miniaturowych zabawek - zwierzątek albo postaci. Właściwie, znając słabość Japończyków do miniaturyzacji, nie dziwi fakt, że coś takiego wpadło im do głowy. Szczerze mówiąc, można się w tym zakochać widząc z jaką precyzją i dbałością o szczegóły wykonane są te maleństwa. 

Wynikiem mojego zauroczenia amigurumi jest sówka i uwierzcie mi, "sowy nie są tym, czym się wydają", jeśli człowiek, potrafi siedzieć do drugiej w nocy, żeby skończyć coś, co nie jest większe od kciuka. Właściwie można było odłożyć pracę do jutra, ale jak sowa miała już oczy, to ja z kolei nie miałam serca, żeby ją zostawić :-) Normalne to?
Jesli coś jest malutkie wcale nie znaczy, że wykonanie tego jest mniej czasochłonne. W tym przypadku okazuje się, że jest wprost odwrotnie. 

Moja sowa ma pętelkę, żeby można ją było zawiesić, chociaż tradycyjne amigurumi z reguły jej nie mają, ponieważ są to typowe zabawki. 






Sówka ma jakieś 3,5 cm szerokości i mniej więcej tyle samo wysokości

Moja sowa powstawała w towarzystwie tej KLIK, choć nie jest to dokładne odwzorowanie instrukcji zawartej w linku, raczej inspiracja.

Nieco dzisiaj osowiała
M.

czwartek, 8 stycznia 2015

Pierwsza literka

Po serii wpisów obyczajowych, związanych z pasmem świąt, urodzin, rocznic i jubileuszów, pora wziąć się z powrotem do pracy. Ale na początek, chciałabym po raz pierwszy na tym blogu coś zareklamować (nie licząc oczywiście nieustającej kampanii promocyjno-reklamowej prowadzonej na rzecz domowego serowarstwa uprawianego w naszym gospodarstwie rodzinnym :-))

Marka, którą chciałabym Wam przedstawić powstała kilka miesięcy temu. Jej twórczyni jest moją przyjaciółką. Nie byłby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Ania jest jednocześnie mamą trzech małych chłopców (czytaj trójki małych urwisów :-)), będących aktualnie w wieku mocno absorbującym uwagę swoich rodziców. Wszelkie więc czynności, które nie są związane z wychowywaniem dzieci wykonuje w czasie, kiedy z czystym sumieniem mogłaby usiąść przed telewizorem i odpocząć. A że jest osobą bardzo kreatywną i nie lubi siedzieć bezczynnie (poza tym od niedawna nie ma telewizora:-)) postanowiła swój czas twórczo wykorzystać i tak powstały Cottonky.

Moja znajomość z Anią zaczęła się od, z pozoru absurdalnego pytania, które wyszło z jej ust i było skierowane do mnie. 
Poznałyśmy się na początku pierwszego roku studiów. Stałam w hallu dziekanatu przed tablicą z planem zajęć dla pierwszoroczniaków. Myślę, że gdyby tamten harmonogram rozpisany był w języku mandaryńskim mój poziom jego zrozumienia byłby podobny. Czyli na ówczesną chwilę nie wiedziałam z niego bezwzględnie, kompletnie, absolutnie nic. Postój przed tablicą zaczynał mnie już nużyć, gdy nagle usłyszałam: "Przepraszam, na jaką literkę zaczyna się twoje nazwisko?" Z bezbrzeżnym zdumieniem obróciłam się w stronę skąd dochodził głos, wciąż jeszcze niezbyt pewna czy to dziwaczne pytanie było skierowane do mnie. Nie było jednak wątpliwości, że tak, bo w hallu stałam tylko ja i ta uśmiechnięta, drobna osóbka z włosami w kolorze marchewki. Widząc moje zdziwione oblicze Ruda (bo naturalną koleją rzeczy, tak ja później nazwaliśmy) pospieszyła z wyjaśnieniem, że gdyby moje nazwisko zaczynało się od litery blisko "Ł", to jest szansa, że byłybyśmy w jednej grupie. 
Szczęśliwie się złożyło, że pierwsza litera mojego nazwiska w alfabecie znajdowała się najbliżej "Ł", jak to tylko było możliwe. 
Tak rozpoczęła się nasza znajomość, która szybko przerodziła się w przyjaźń.
Cieszę się, że trwa do dziś :-)

Na koniec dzielę się swoimi tworkami. Wciąż eksploatuję materiały, które ostatnimi czasy przyniósł mi wspaniałomyślny, świetny Mikołaj :-)










Pozdrawiam ciepło
M.


poniedziałek, 5 stycznia 2015

Dwa lata temu

Wymarzyliśmy sobie piękny zimowy ślub. Miało być biało, srebrzyście i bajkowo. Tymczasem to, co tego dnia padało z nieba niezupełnie przypominało duże cudowne płaty śniegu. Aura nie zepsuła nam jednak samopoczucia.

Ale wciąż marzyło się nam, żeby mieć choć kilka zdjęć w prawdziwie zimowym krajobrazie. Zamówiliśmy więc śnieg i czekaliśmy. Styczeń się skończył, minął luty, przyszedł marzec. Nie traciliśmy jednak nadziei. I wreszcie sypnęło. Powiedzieć, że wtedy padał śnieg, to trochę za mało. O ósmej rano okienko w naszej sypialni na poddaszu wyglądało tak....



Po południu było już zasypane do połowy. Kiedyś usłyszałam taką mądrość, żeby uważać na marzenia, bo mogą się spełnić :-)
Nie mieliśmy w planach zasypania całej Polski i sparaliżowania wszelkiego ruchu, ale tak się właśnie stało. Po jakimś czasie śnieg stopniał i wszystko wróciło do normy. Zdjęcia zostały :-) 

A nasze, jak na razie, dwuletnie małżeństwo? 

No cóż, czasami jest tak.....


A czasami tak....


Ale ogólnie trzymamy się razem....







Autorem sesji jest nasz przyjaciel Damian Krzanowski.

Pozdrawiam zimowo rocznicowo
M.




 

niedziela, 4 stycznia 2015

Zwykły dzień

4 stycznia dwa lata temu, pogoda jak dziś czyli ni w pięć, ni w dziewięć. Wstaję rano, dzień zaplanowany co do minuty. Dwa dni urlopu okolicznościowego z okazji ślubu, to zdecydowanie za mało, żeby spokojnie wszystko dopiąć na ostatni guzik i złapać oddech przed tym ważnym dniem. Nowa praca więc zero szansy na więcej wolnego. Nie ma wyjścia, trzeba się jakoś zorganizować. Sto rzeczy, sto telefonów; ogólnie rzecz biorąc zamęt. Mama dzielnie znosi moje przedślubne frustracje. Dobrze, że wieczór wcześniej w domu pojawia się Ania, która teraz skutecznie studzi mój lekko przegrzany system nerwowy. 

Tak obchodzę 30 urodziny. Gdyby nie szczere, ciepłe życzenia, gdzieś w między czasie składane przez najbliższych, ta rocznica pewnie umknęłaby niezauważona. Późnym popołudniem odbieram telefon z życzeniami od przyjaciółki. Jeszcze dobrze się nie rozłączyłyśmy, dzwoni jeszcze raz: „Przecież ty masz trzydzieści lat!” – krzyczy do telefonu. Śmiejemy się do łez z tego niesamowitego odkrycia. Te okrągłe rocznice wzbudzają jednak sporo emocji.
   
A dzisiaj? Dzisiaj jest o niebo spokojniej. Mela śpiewa…. „nie zatopi nas pokusa ani strach”…. Trudno jej nie uwierzyć.
Płyta Meli Koteluk, to mój wymarzony tegoroczno-urodzinowy prezent. I jak nie wierzyć, że marzenia się spełniają J



A tak zupełnie szczerze… tylko osoby, które nie mają profilu na żadnym portalu społecznościowym są w stanie dowiedzieć się i docenić kto, tak naprawdę, pamięta o ich urodzinach J

Ściskam
M.





niedziela, 28 grudnia 2014

Krewetki, pierogi i kaszlak na dziobie

Tak w skrócie, w trzech słowach mogę opisać firmowe spotkanie świąteczne, w którym uczestniczyłam niecałe dwa tygodnie temu. Zatem było trochę wielkomiejsko, trochę swojsko i... no właśnie... tytułowy kaszlak jest właściwie postacią mityczną, o jego istnieniu stuprocentowo przekonana jest chyba tylko jedna osoba i ta właśnie osoba była zaproszona jako gość specjalny naszego świątecznego spotkania. Pan Kuba Strzyczkowski, bo o nim właśnie mowa, uraczył nas fascynującą opowieścią o swoim samotnym rejsie przez Atlantyk, który odbył się dwa lata temu z okazji 50-lecia Programu 3 Polskiego Radia i 420 rocznicy pierwszego rejsu Krzysztofa Kolumba przez Ocean Atlantycki. 

Natomiast, postać kaszlaka pojawiła się w momencie, kiedy Pan Kuba zaczął słyszeć odgłosy dobiegające z łazienki na dziobie jachtu, przypominające kaszlącego dorosłego mężczyznę. Możliwe, że było to coś z rodzaju przesłyszeń czy słuchowych halucynacji, które zdarzają się żeglarzom. Niemniej, siła przekonywania tego tajemniczego dźwięku była tak duża, że nasz skipper przyznał się, że niejednokrotnie szedł sprawdzać czy w łazience rzeczywiście nikogo nie ma :-) 

Dla bardziej zainteresowanych rejsem Pana Kuby polecam stronę internetową, gdzie znajduje się całe kompendium wiedzy na temat tej niesamowitej wyprawy (wystarczy kliknąć TUTAJ). 

Byłam tak zauroczona spotkaniem i opowieściami Pana Kuby, że nie mogłam odmówić sobie pamiątkowej fotografii z gościem. Mój wyraz twarzy na zdjęciu nie jest jakoś szczególnie nadzwyczajny, ale byłam tak szczęśliwa i przejęta, że nie do końca zapanowałam nad mimiką :-)





Z rzeczy bardziej przyziemnych, gdzieś w przedświątecznej bieganinie udało mi się także coś wydziergać. W tym roku, nie wiem, jak u Was, ale u mnie Mikołaj trafił z prezentami idealnie. Tak sobie marzyłam o paru moteczkach ulubionych włóczek, a tu okazało się, że po choinką było nie parę moteczków, a całe pudło włóczek, nitek, guzików, tasiemek i innych, bardzo niezbędnych gadżetów. Szaleństwo! :-)
Trudno było się oprzeć i od razu nie wypróbować choć paru rzeczy z tego cudownego pudła rozmaitości. 










Z kolei, jeśli chodzi o prezent dla Adama, jeszcze w tym roku udało się zamienić uroczą simentalską jałóweczkę na profesjonalną formę do sera gouda. Nie wiem co będzie w przyszłym ... :-)

Do następnego!
oczekująca na śnieg M.