piątek, 28 czerwca 2019

Dialogi II


Ona: Którą koszulkę założyłeś Adasiowi?
On: Tę z łazienki.
Ona: Ale ona była brudna! Przygotowałam ją do prania.
On: Nie była brudna. Miała tylko plamki.














Pięknego dnia.
M.

środa, 19 czerwca 2019

Nocnik


Nazwa niefortunna, bo to w ciągu dnia właśnie najbardziej jest eksploatowany. Ale cóż poradzić? Dziennik już najpewniej był zajęty. U nas bez fajerwerków, muzyczek, braw i oklasków. Ot najzwyklejszy zielony z IKEI. Gdzieś pomiędzy muszlą, a koszem na brudną bieliznę czeka na swoje codzienne pięć minut sławy albo na… cztery kwadranse poklasku.
Niemy świadek naszych rozmów, opowieści, pogawędek i śpiewów. Z godnością znosi nawet nowe awangardowe wersje popularnych utworów. W naszym śmiałym wydaniu np. słynny stary niedźwiedź z piosenki w pierwszej godzinie wprawdzie nadal śpi, ale w drugiej już robi kupę. Nie mamy jeszcze tylko pomysłu na trzecią J













Pięknego dnia,
M.

niedziela, 9 czerwca 2019

Kakao


Lubię, bardzo lubię oglądać te wszystkie filmiki w stylu zrób to sam, czy z angielska DIY, te wszystkie poradniki, jak w pięć minut odmienić sobie życie przy użyciu kilku tylko przedmiotów, które bez trudu znajdę w pierwszej lepszej szufladzie, szafce czy w koszu na śmieci. Potrafiłabym godzinami oglądać te kilkuminutowe produkcje o tym jak przy pomocy gwoździa i plastikowej butelki w parę chwil skonstruować multifunkcyjne urządzenie, które jednocześnie będzie doniczką, abażurem i dozownikiem płynu do mycia naczyń. I choć pewnie nigdy nie zrobię sobie bransoletki z rolki po papierze toaletowym ani klapek ze starej karimaty, to świadomość, że w okamgnieniu mogłabym to samodzielnie zrobić trzyma mnie w poczuciu sprawczości, skuteczności i proaktywności.

Pozostając w duchu pomysłowych wynalazków do samodzielnego wykonania w domu chciałabym i ja jednym się dzisiaj podzielić, a będzie to … uwaga, uwaga!... zapach do odkurzacza, a ściślej, kakaowy zapach do odkurzacza. Jest to wynalazek w pełni naturalny, z bardzo prostym składem, ekologiczny, bez szkodliwych formaldehydów, ftalanów i toluenu. A do jego sporządzenia będzie nam potrzebne jedynie:

1 opakowanie kakao DecoMorreno Extra ciemne
1 dwulatek

Wykonanie:
Na blacie w kuchni wyeksponuj nowe nieotwarte jeszcze opakowanie kakao DecoMorreno. Po chwili przełóż je do rączek, zwabionego pięknym wiatraczkiem na pudełku, dwulatka. Następnie, bez namysłu, przystań na jego propozycję, żeby pokazać mu również zawartość pudełka. Przyjrzyj się uważnie, jak biała torebka przypominająca poduszeczkę ginie w małych łapkach. 

Od tego momentu wszystko już będzie działo się błyskawicznie i za ułamek sekundy ujrzysz swoją kuchnię fantazyjnie oprószoną pięknym brązowym pyłem. Blat, podłoga, dywanik, ściereczki, kuchenka, dwulatek, drzwi od lodówki, a także wszystkie możliwe szczeliny, szpary i zakamarki pomiędzy meblami i sprzętami okryją się fantastyczną kakaową pierzynką, a spiritus movens całego obłędu będzie stał przed Tobą ze wzrokiem zdumionym i zakłopotanym jednocześnie. 

I teraz możliwe, że uczucia będziesz mieć mieszane, że rozpacz splecie się z narastającym rozbawieniem i wesołością; paragelia w czystej postaci.  Z uśmiechem się jednak nie afiszuj, bowiem nie będzie on adekwatny do tego co i w jaki sposób powiesz dwulatkowi. Po wygłoszeniu mowy, nakaż mu nieprzemieszczanie się. Następnie udaj się po odkurzacz i przy jego pomocy powoli i metodycznie zbieraj kakaowy pył. 

I  voilà! Kolejne odkurzanie przeprowadzisz już w chmurze kakaowego aromatu. Bardzo, bardzo przyjemne J








Pięknego dnia.
M.


wtorek, 14 maja 2019

Zmiotka

Zamieram w bezruchu, kiedy widzę jak przemierza dom ze zmiotką w jednej i szufelką w drugiej dłoni. Gdy mija mnie bez słowa wiem już, że w obrębie naszego domostwa wydarzyła się katastrofa. Jestem też stuprocentowo pewna, że tragedii nie da się zaradzić przy pomocy tych dwóch akcesoriów spod kuchennego zlewu. 

Podążam, również bez słowa, za tą chmurą białych włosów zastanawiając się po drodze z czym tym razem przyjdzie mi się zmierzyć. 
Czy będzie to pasta do zębów prawie niechcący wdeptana w nową wykładzinę? Czy banan fantazyjnie wsmarowany w świeżo upraną kapę na kanapie? Czy może mieszanka płatków kukurydzianych i rodzynek wpadnięta przypadkiem do basenu z kulkami? Być może będzie to tylko kubek wody wylany na środek dywanu? A może mój kolorowy błyszczyk rozsmarowany na podłodze? Możliwe, że będzie to pościel na łóżku pomalowana rozmemłanym kawałkiem precla? Albo zwyczajnie pół butelki szamponu Nivea wychlupnięte koło fotela? A może absolutnie zupełnie coś nowego?

I wtedy dochodzi u mnie do dość spektakularnego rozdwojenia osobowości. Jedna ja gotuje się w środku i miota bezgłośnie najbrzydszymi słowami. Druga ja spokojnie wyraża swoje ubolewanie w obliczu nieszczęścia i aprobatę wobec niekwestionowanej czynności porządkowej.
Jak nic skończę w psychiatryku.













Pięknego dnia.
M.

piątek, 10 maja 2019

Katar


Wieczór. Zamykam właśnie kolejny dzień. I o czym pisać, kiedy tyle się nie pisało? O czasie, w którym tyle się wydarzyło, a jednocześnie jakby nic się nie stało? O tym, że deszcz pada i że cieszę się nim, bo dawno już zauważyłam, że to akurat zjawisko atmosferyczne skutecznie chłodzi mój nerwowy system. 

Że sąsiad postanowił dzisiaj naprawić domofon zaraz po tym, jak udało mi się ułożyć chłopców do snu i jak zadzwonił z dołu żeby sprawdzić czy wszystko okej, to nie wiedziałam czy mam mu podziękować czy nawymyślać. 

Że wiem, że zanim skończę ten wpis Julian obudzi się przynajmniej pięć razy, bo śpi ostatnio twardo niczym na gałęzi ptaszek. 

Że pół wiosny zajęło nam wychodzenie z kataru, bo jak już pomyślałam o tym, żeby schować inhalator i syropy, to zaatakowała nas znowu ta chytra i podstępna choroba, która w zależności od płci może mieć przebieg uciążliwy, ale spokojny albo arcygroźny, ryzykowny i skomplikowany. U nas, ze względu na dominację występowania brzydkiej płci przybrała wyjątkowo niepokojący charakter. I że przez miesiąc większość garderoby i niemal wszystkie meble w domu, zwłaszcza te przeznaczone do siedzenia, wyglądały jakby właśnie przespacerował po nich ślimak, a moje własne dziecko zwracało się do mnie „babo”. 

Że Julo zaczął raczkować i wyrósł mu pierwszy ząb. Że Adaś się pięknie rozgadał i słów używa z fantazją godną Tolkiena i np. na pytanie: „gdzie jest moja sprężynka do włosów?” odpowiada „w kościele”. 

Że z wszystkich gryzaków, pogryzajek i innych utensyliów związanych z ząbkowaniem najbardziej sprawdził się u nas mój silikonowy zaparzacz do herbaty. 

Że mieszkam w domu, w którym kolędy śpiewa się przez cały rok, a traktorem kieruje świnia.


P.S. Julo obudził się tylko cztery razy J

M.



piątek, 8 marca 2019

Anny


Mam je dwie. Jedna o 7 miesięcy ode mnie starsza, druga o 7 miesięcy młodsza. Razem mamy 107 lat i siedmiu synów. Anny. Jeszcze do niedawna mieszkały w jednym mieście. Tym samym, w którym i ja spędziłam pierwsze dwa lata studiów. Wtedy się poznałyśmy. Jedna nosiła szalone fryzurki rodem z fryzjerskich pokazów, druga miała tak wypielęgnowane dłonie i paznokcie, że cała grupa zastanawiała się, jak przetrwają pierwszy semestr warsztatowej grafiki.

Z jedną zaiskrzyło od razu, z drugą, tak na serio zaprzyjaźniłam się jak już wyprowadziłam się z miasta z wieżą (nie, nie z Paryża J). Spędzałyśmy razem wakacje i ferie. Nad Soliną robiłyśmy tatuaże z henny, nad morzem złamałyśmy jednej ulubioną spinkę do włosów, bo wino było na korek, a jakoś nikt nie dysponował niezbędnym do niego akcesorium. A kiedy pewnego razu wypacykowana dłoń sunęła po podłodze w publicznej łazience w poszukiwaniu mojej soczewki kontaktowej i usłyszałam spod umywalki „Zapłacisz mi za to!”, przez chwilę naprawdę byłam przerażona. Kilka lat później ta sama dłoń zawiązywała mój ślubny gorset.

Spędziłyśmy dziesiątki godzin wisząc na telefonie. Szczęściem, zaczynały w końcu wchodzić abonamenty z rozmowami bez limitu. Ocierałyśmy sobie łzy albo do łez się śmiałyśmy.
Od jednej usłyszałam, że przyjaciele nie są po to, żeby krytykować cię za głupie decyzje, ale po to, żeby przytulić jak już zdasz sobie sprawę, że głupstw narobiłeś. Druga chciała przyjechać kiedy rodziłam i może nie byłoby to dziwne, gdyby nie dzieliło nas ponad 300 km.

Jedna notorycznie zapomina o moich urodzinach, druga programowo nie pamięta nazw knajpek, utworów muzycznych, wykonawców i tytułów filmów. Jest za to specjalistką od najbardziej nieprawdopodobnych historii, które mogłyby za scenariusz do niejednego z nich posłużyć.
Jedna słucha Bajora, druga Tori Amos.

Anny. Dwie. Rożne. Moje. Kochane.











No i pozytywna świeżynka:


Dobrego dnia,
M.

czwartek, 21 lutego 2019

Głód


Młodszy budzi się pierwszy i z jego gestów wnoszę, że jest głodny. Szczęściarz. Pierwsze śniadanie może zjeść w łóżku. Leżymy więc razem; on je, a ja po natężeniu światła, które wpada do pokoju przez niezasłonięte okno próbuję zorientować się która może być godzina. Moje domysły przerywa i jednocześnie rozwiewa ruch w łóżeczku obok. Budzi się Starszy i wiem, że jest 6.30. 

Osiągniecie pozycji pionowej nie zajmuje mu wiele czasu. Pół minuty później stoi już z łapkami zaciśniętymi na poręczy łóżeczka i wykrzykuje niczym uliczna straganiarka. Jeśli wieczorem nie zapomnę i włożę mu do łóżka jakąś obrazkową książeczkę opóźnię ten proces o kilka, czasami kilkanaście minut. Choć ostatnio nawet to przestaje być regułą.

Po krótkich nawoływaniach rodziców, które jednak nie przynoszą oczekiwanego efektu, jakim jest wydostanie się z tej beznadziejnej czeluści rozkopanego łóżka, do głosu dochodzi mały wygłodniały po nocy brzuszek i zaczyna się cała litania słów, wyrazów, zdań i bezokoliczników związanych z gastronomią. 

Festiwal kulinarnych rozkoszy zawsze otwiera mleko.  Zawsze też, pomiędzy mniej lub bardziej wymyślnymi potrawami, pojawia się owsianka z bananem i dzinkami (rodzynkami) i jak wykwintne i wyszukane nie byłyby kolejne pozycje tego porannego menu i jak nie działający na wyobraźnię i ślinianki byłby to jadłospis i tak zawsze na koniec, niczym wisienka na torcie, kropka nad i, gwóźdź programu, czarny koń i top of the top w jednym, pojawi się kosiony ogórek J









Dobrego dnia!
M.